Nie znasz się na żartach?

Odkąd się obudziłam, nie widziałam Jordana. Nie wiedziałam czy jest u siebie w pokoju, czy wyszedł gdzieś. Nie wiedziałam też dlaczego mnie to interesuje. Nie chciałam go zobaczyć. Po poprzednim dniu czułam się okropnie. Już się tak czułam, codziennie. Dzień w dzień po porwaniu. Ciągłe przygnębienie, chęć nie wychodzenia już nigdy z domu, brak apetytu, otępienie. Długo z tym walczyłam. Tak naprawdę dalej walczę, ale te objawy nie były już tak uciążliwe i mijały. Niestety to wszystko wróciło, po tym jednym ataku. Cała ta sytuacja ciążyła mi coraz bardziej. 

Nie zjadłam dzisiaj śniadania, bo jeżeli bym cokolwiek spróbowała zjeść, to wiem, że czym prędzej bym to zwróciła. Tak więc jedynym moim pożywieniem była woda i ciepła herbatka. Tego rana poświęciłam też chwilę, gdy Thomas jeszcze spał, na modlitwę. Prosiłam żeby to wszystko dobrze się skończyło, żeby to minęło. Żebym w końcu była szczęśliwa i patrzyła na życie pozytywnie. Musiałam być cierpliwa, bo wiedziałam, że ten dzień w końcu nadejdzie. Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Póki co siedziałam na łóżku z kolejnym kubkiem herbaty, kończąc kolejne opakowanie chusteczek. Czułam się naprawdę okropnie. Dodatkowo nie byłam w swoim mieszkaniu, a to sprawiało, że było mi bardzo nieswojo. 

W otępieniu wpatrywałam się w ścianę, po raz kolejny licząc cegły, które się na niej znajdywały, gdy usłyszałam pukanie do drzwi. Przeniosłam wzrok na Jane, która pojawiła się w pokoju. 

- Obiad już jest gotowy. Zapraszam - powiedziała i uśmiechnęła się ciepło. 

- Dziękuję - wyszeptałam. - Smacznego. 

- Nie zjesz? 

Jane była widocznie zszokowana. Wzięłam głęboki wdech i pokręciłam głową. W gardle czułam ucisk, który nie pozwalał na to bym przełknęła cokolwiek innego niż woda i herbata. Nawet kawa nie wchodziła w grę. 

- Jesteś pewna? - dopytywała dziewczyna. - Jadłaś coś dzisiaj? Jesteś bardzo blada. Wszystko w porządku?

- Tak. Dziękuję. To po prostu gorszy dzień - uspokoiłam ją i zmusiłam się na słaby uśmiech. 

Pokiwała głową i wyszła, a za nią Thomas. Zostałam w pokoju sama, więc wróciłam do liczenia cegieł. Jeden, dwa, trzy, cztery... 

- Gdzie jest Jordan? - usłyszałam głos przyjaciela. 

Pięć, sześć, siedem, osiem...

- Nie wiem. Nie wrócił na noc - odpowiedziała Jane. 

Dziewięć, dziesięć, jedenaście...

- Jestem już zmęczona jego zachowaniem... 

Dwanaście, trzynaście, czternaście, piętnaście... 

- Te lata w więzieniu niczego go nie nauczyły. 

W więzieniu? Nie powinno się podsłuchiwać, ale moja ciekawość była większa. Chciałam wiedzieć, co działo się z Jordanem. 

- Myślałam, że wróci lepszy, że czegoś się nauczy i będzie w końcu normalnym człowiekiem.

- Zapach trawki świadczy o czymś innym... Niektórzy się nie zmieniają. 

- Wierz mi... Naprawdę cieszę się, że już wrócił.

Pewnie Jordan siedziałby jeszcze w więzieniu, gdybym wniosła oskarżenie, ale nie miałam odwagi. Nie chciałam o tym nikomu mówić, a już na pewno nie policji. Nie dałabym rady znieść przesłuchania. Ciągłe pytania i na nowo przypominanie sobie tego wszystkiego. Cieszę się, że chociaż dostał wyrok za kradzież i ucieczkę policji. Na czym to ja... Szesnaście, siedemnaście, osiemnaście...

- Na pewno nie zjesz? - spytał Thomas, wchodząc do pokoju. 

- Zjem coś wieczorem - uśmiechnęłam się słabo. 

Spojrzałam na zegarek. Cholera... Zapomniałam o zajęciach. Zrobiło mi się słabo, ale wstałam jak oparzona. 

- Co się stało?

- Mam zajęcia za godzinę! 

Szybko zaczęłam wkładać potrzebne zeszyty do torby. Potem spięłam byle jak włosy i zaczęłam przewracać wszystko w poszukiwaniu ubrań. 

- Weź moją bluzę - powiedział Thomas, podając mi ją. 

- Dzięki. 

Szybko włożyłam bluzę, zarzuciłam torbę na ramię i popędziłam na uczelnię. Momentami robiło mi się naprawdę słabo, a nawet zaczęło mi burczeć w brzuchu. Było mi wstyd, ale w tym pośpiechu nie wzięłam nawet portfela. 

Po zajęciach nigdzie nie zbaczałam. Kierowałam się prosto do mieszkania Thomasa. Było już ciemno, dochodziła 21. Nie znosiłam kończyć tak późno zajęć, ale nie mogłam na to nic poradzić. Zacisnęłam zęby i gaz pieprzowy w dłoni. Na szczęście została mi tylko droga z przystanku do mieszkania. 

- Skąd to się wraca tak późno? - usłyszałam głos za sobą, ale postanowiłam go zignorować. 

Miałam nadzieję, że ten ktoś nie mówił do mnie. Przyspieszyłam krok i błagałam by ten ktoś nie chciał mi nic zrobić. Jeszcze tylko kawałek dzielił mnie od mieszkania. 

- Hej, księżniczko zwolnij - usłyszałam znowu. - Przecież idziemy w to samo miejsce. 

Głos wydawał się znajomy. To był... Jordan. Zwolniłam niepewnie i odwróciłam, modląc się żeby to był on. Sama nie wiem dlaczego. Wolałabym żeby to był Thomas, ale z dwojga złego... 

- Już myślałem, że będziesz przede mną uciekać - zaśmiał się. 

- Boki zrywać... - odburknęłam. 

- Masz rację... Nie miałabyś szans i tak bym cię dogonił... 

Zatrzymałam się. 

- No co? - spytał i zatrzymał się kilka kroków dalej. 

- Chyba trafię sama do mieszkania. Nie mam ochoty z tobą rozmawiać - odpowiedziałam i ruszyłam szybkim krokiem. 

Jeżeli miałam wysłuchiwać jego "żarcików" na temat naszego pierwszego spotkania, to już wolałam przejść ten kawałek sama. 

- Oj nie bądź taką złośnicą... Nie znasz się na żartach?

- Na żartach? - stanęłam przed nim, gromadząc w sobie wszystkie siły by powstrzymać mdłości i atak paniki. Na szczęście złość mi w tym pomagała. Miałam go po dziurki w nosie. - Moim zdaniem to nie są żarty. Przez ciebie - pokazałam na niego nerwowo palcem, na co on się zaśmiał, co zdenerwowało mnie jeszcze bardziej. - Z czego się śmiejesz?! 

- Jesteś urocza jak się denerwujesz - uśmiechnął się szarmancko. 

- Nie powinieneś się do mnie w ogóle odzywać po tym wszystkim co mi zrobiłeś! - krzyknęłam, nie potrafiąc już powstrzymywać mojej złości. - Dlaczego nie dasz mi po prostu spokoju?!

- To ty śpisz w moim mieszkaniu - wzruszył ramionami. 

Po części miał rację, ale...

- Dobrze wiesz, że nie o to mi chodzi! Po co ze mną rozmawiasz? Po co mnie zaczepiasz? Nienawidzę cię, rozumiesz?! Zniszczyłeś mi życie! 

Zaczęłam płakać, a on wyglądał na... zmartwionego. Akurat... Nie wierzyłam w te jego udawane emocje. 

- Nie płacz... 

Podszedł do mnie i chciał zetrzeć mi łzę z policzka. Szybko się odsunęłam. 

- Nie dotykaj mnie! - wrzasnęłam i tym samym przykułam uwagę kilku przechodniów. 

- Hej, spokojnie. 

Znów próbował do mnie podejść. 

- Nie zbliżaj się do mnie! Daj mi w końcu spokój! Strasznie mnie wkurzasz! 

- Ja ciebie? - prychnął. - To ty masz na sobie jego bluzę! - krzyknął. 

- Co to ma do rzeczy?

- To, że nie chce cię widzieć w jego ciuchach! 

- Coś ci się chyba pomyliło! Będziesz teraz udawać, że jesteś zazdrosny?

- Udawać...? Ja nie... 

- To ty mnie wykorzystałeś! Ty i ci twoi... - poczułam jak mnie mdli. 

Złość zaczęła ze mnie uchodzić. Przez chwilę przyćmiła wszystkie inne myśli, ale wszystko zaczęło wracać. Czułam na sobie jego wzrok. Moje dłonie zaczęły drżeć. Wiedziałam co to oznacza. Odwróciłam się i próbowałam iść, ale nie umiałam złapać oddechu. Zaczęło mi się robić słabo. Przestawałam widzieć na oczy, a głosy były stłumione. Nagle poczułam jak ktoś mnie łapie i przytula. 

- Kurwa... - usłyszałam jak przez mgłę. - Nie rób tego... Proszę... 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zasługiwał na prawdę

Chciałabym żeby zniknął

Przysięgam, że nie wiem o czym mówisz...