To nie była prośba, księżniczko

 Całą noc nie potrafiłam zmrużyć oka. Nawiedzały mnie wspomnienia z porwania i z tego, co wydarzyło się na korytarzu. Było mi okropnie wstyd, że Thomas na tym wszystkim ucierpiał. Nie chciałam żeby do tego doszło, ale z drugiej strony byłam mu wdzięczna za to, że pojawił się w odpowiednim momencie. Wstawiony Jordan nie wyglądał jakby miał jakiekolwiek hamulce. Kto wie do czego byłby zdolny? Chociaż w zasadzie na trzeźwo też nie do końca wiadomo... Jednak nie chciałam się przekonać. 

Leżąc w łóżku, zastanawiałam się jak opuścić to mieszkanie, nie spotykając przy tym Jordana. Naprawdę nie chciałam go widzieć. Wczoraj nie zwymiotowałam, ale nie wystawiałabym się na próbę kolejny raz. Musiałam wymyślić jakiś genialny plan. Miałam tylko nadzieję, że będzie długo spał i nawet nie wyjdzie z pokoju. 

- O czym tak myślisz? - spytał Thomas, bacznie mi się przyglądając. 

Wzruszyłam ramionami. 

- Zastanawiam się, jak wymknąć się z twojego mieszkania, nie wpadając na twojego brata - odpowiedziałam szczerze z nadzieją, że mnie nie będzie mnie oceniać. 

- Rozumiem - westchnął z lekkim poddenerwowaniem. - Ale nie musisz się o to martwić. Z tego co słyszałem, to wyszedł kilka godzin temu. 

Odetchnęłam z ulgą i zwlokłam swój tyłek z łóżka. Przeczesałam dłonią włosy i przyglądnęłam się przyjacielowi, który właśnie ubierał koszulkę. "Nie gap się" - pomyślałam, ale jakoś nie umiałam oderwać od niego wzroku. 

- Gapisz się - rzucił Thomas. 

- Ja? - wskazałam na siebie palcem. - Skądże... Nie śmiałabym.

Udałam oburzoną i uśmiechnęłam się głupkowato. Chłopak parsknął.

- Dobrze, że przynajmniej humor ci dopisuje. 

Rzucił we mnie moimi ubraniami. 

- Przebieraj się, a ja zrobię nam śniadanie - powiedział i wyszedł z pokoju, zostawiając mnie samą. 

Założyłam moje wczorajsze ubrania, związałam włosy, wzięłam głęboki wdech i dołączyłam do niego w kuchni. Stanęłam przy stole i wbiłam wzrok w widok za oknem. Drzewa delikatnie uginały się, a liście mieniły się pod wpływem wiatru. Samochody przejeżdżały spokojnie przez ulicę, a gdzieniegdzie pojawiali się ludzie, pogrążeni we własnych myślach. Szli gdzieś, jedni szybciej, inny wolniej, ale każdy tak samo nieobecny i skupiony na swoich problemach. Popatrzyłam w górę. Niebo zakrywały chmury, które przesuwały się bardzo szybko. 

- W porządku? - spytał Thomas. 

Kiwnęłam głową.

- Dzięki - mruknęłam, gdy położył na stole moje śniadanie. 

Zabraliśmy się do jedzenia, rozmawiając w zasadzie o niczym. Humory jednak nie dopisywały nam tak jak zwykle. Na zewnątrz robiło się coraz ciemniej, co zapowiadało deszcz. 

- Będę się zbierać. Może zdążę przed ulewą - powiedziałam wstając od stołu. 

Zebrałam swoje rzeczy i już miałam się pożegnać z Thomasem, gdy do mieszkania wszedł Jordan. Zrobiło mi się słabo. Przyglądnął mi się, ale zachował przy tym pokerową twarz. Po chwili bez słowa poszedł do pokoju. Żadnego przepraszam, żadnego złośliwego komentarza. Cóż... może i dobrze. Wolałam nie słyszeć jego głosu, ani nie widzieć jego twarzy. Stałam przez chwilę w bezruchu, ale gdy się opamiętałam, pożegnałam się z przyjacielem. 

Szłam szybkim krokiem w stronę przystanku, bo bałam się, że lada moment będzie padało. Zaczęłam sapać, coś kuło mnie w klatce. Kondycja nigdy nie była moją mocną stroną. Zwolniłam, bo bałam się, że mogę zemdleć, a wtedy nie wiadomo, co by się ze mną stało. Od tej chwili szłam spokojnie, modląc się bym wróciła do mieszkania sucha. Jednak moje prośby nie zostały wysłuchane, bo w połowie drogi zaczęło okropnie padać. Klnąc pod nosem, zaczęłam biec, nie zważając na to, że brakowało mi tchu. W ciągu kilku minut byłam już na miejscu, ale nie zostało na mnie choćby suchej nitki. Otarłam twarz z deszczu i usiadłam zdyszana na przystanku. Całe gardło mnie piekło, a każdy oddech sprawiał mi okropny ból. Dopiero po kilku chwilach doszłam do siebie i spoglądnęłam na rozkład. Mój tramwaj miał być za 7 minut. Westchnęłam i zaczęłam trząść się z zimna. Krople z moich włosów spływały po mojej twarzy. Miałam ochotę się rozpłakać, a niewiele do tego brakowało. Zazdrościłam wszystkim, którzy mieli przy sobie parasol. 

W pewnej chwili ktoś usiadł obok mnie. Domyślałam się, że to chłopak, ale nie byłam pewna, bo jego twarz zakrywał kaptur. Pomyślałam, że musi mu być ciepło i sucho, bo przecież miał parasol, więc nie zmókł. Nagle on ściągnął z siebie bluzę. Zastanawiałam się, co on wyprawia, przecież jest tak zimno... a może tylko ja to odczuwałam przez to, że byłam cała mokra. 

- Załóż to - położył bluzę obok mnie. 

Popatrzyłam na niego podejrzliwie. Nie do końca wiedziałam, co się dzieje. On na mnie nawet nie zerknął, a więc dalej nie widziałam jego twarzy. 

- Dziękuję, nie trzeba - mruknęłam niechętnie, bo marzyłam o tej ciepłej bluzie, ale kto normalny zabiera obcemu ciuchy. 

Wtedy on popatrzył na mnie. 

- To nie była prośba, księżniczko - powiedział, wstał i odszedł. 

To był Jordan... Wpatrywałam się w niego, dopóki nie zniknął mi z pola widzenia. Dopiero wtedy przeniosłam wzrok na bluzę. Nie rozumiałam, co się stało, ale było mi tak okropnie zimno, że już bez wahania założyłam ciepłą, suchą bluzę. Była za duża o co najmniej kilka rozmiarów, ale to sprawiało, że była wygodna, a przede wszystkim ciepła. W dodatku, co muszę przyznać, cudownie pachniała. Wsiadłam do tramwaju, który akurat przyjechał, ale oczywiście nie było miejsc siedzących. Niechętnie stanęłam w pobliżu drzwi i zaciągnęłam się zapachem bluzy. Poczułam się odrobinę lepiej. 

Ten dzień nie toczył się zbyt pomyślnie. Marzyłam o gorącej herbacie, kocyku i serialu. Jednak życie nigdy nie było dla mnie zbyt przychylne. Weszłam do mieszkania, witając się z Izą i kierując się prosto do sypialni po suche ubrania. Potem poszłam pod gorący prysznic, ale nagle przestała lecieć woda. 

- Iza! Nie ma wody?! - krzyknęłam. 

- Poczekaj, sprawdzę! - odpowiedziała. - W kuchni nie ma! 

"Cholera..." - pomyślałam i wyszłam spod prysznica. Na szczęście spłukałam z siebie płyn. Szybko ubrałam suche, ciepłe ciuchy i poszłam do kuchni. 

- Dalej nic? - mruknęłam. 

Iza pokręciła głową. Przeczesałam nerwowo włosy. Poszłyśmy sprawdzić zawory, ale wszystko było z nimi w porządku, więc zdecydowałyśmy się zadzwonić do pogotowia wodociągowego. Okazało się, że coś się zepsuło, nawet sama do końca nie rozumiałam co, ale przez kilka dni miałyśmy nie mieć wody. Gdy tylko usłyszałam tę informację, usiadłam załamana. Po wyjściu fachowców, siedziałyśmy w ciszy. 

- Trzeba na jakiś czas się stąd wyprowadzić... - mruknęła Iza. 

Kiwnęłam głową. 

- Masz gdzie? - spytałam. 

- Spytam koleżanki z roku... A ty? 

- Może spytam Thomasa. 

Westchnęłam. Miałam po uszy towarzystwa Jordana, ale nie miałam wyboru, więc zadzwoniłam do niego, po przeanalizowaniu innych opcji, których w zasadzie nie było zbyt wiele. To była najlepsza, a Thomas zgodził się bez wahania. Jeszcze przed 20 stanęłam pod jego mieszkaniem z plecakiem, wypełnionym najbardziej potrzebnymi rzeczami. Drzwi otworzył Jordan.

- Nie spodziewałem się gości - powiedział, a przez twarz mu przeszedł cwaniacki uśmieszek. 

- Thomas powiedział, że mogę zatrzymać się na kilka dni... - wybełkotałam, próbując uspokoić moje serce. 

- Tak się składa, że nie ma go w domu. Jane też nie, więc nie wiem czy mogę cię wpuścić... 

- Proszę cię... Naprawdę nie mam gdzie się podziać. 

Myślałam, że się rozpłaczę. Desperacko potrzebowałam noclegu. Jordan chyba to zauważył, bo jakby zmiękł i przesunął się, robiąc mi przejście. 

- Zapraszam - uśmiechnął się. - Czuj się jak u siebie. Parasole zazwyczaj leżą przy wyjściu.

Mruknął i zniknął w swoim pokoju. Zamknęłam drzwi i poszłam do sypialni Thomasa, zostawić tam swoje rzeczy. Otworzyłam plecak i wyciągnęłam z niego bluzę Jordana. Zaciągnęłam się ostatni raz jej zapachem, wzięłam kilka głębokich oddechów i zapukałam do jego pokoju. 

- Tutaj się nie puka - usłyszałam za drzwiami. 

Niepewnie nacisnęłam klamkę i weszłam do środka. Jego pokój nie był zbyt duży, ale był wyjątkowo przytulny, jednak wszędzie unosił się duszący dym. Jordan siedział na łóżku i przeglądał coś na telefonie. 

- Dziękuję za bluzę - mruknęłam i wyciągnęłam ją w jego stronę. 

- Nie ma problemu. Możesz ją tutaj położyć i następnym razem nie zapominaj parasola... księżniczko.

Kiwnęłam głową i czym prędzej chciałam wyjść z pokoju. 

- Poczekaj... Może chcesz zostać? I tak nie mamy nic innego do roboty - powiedział niepewnie. 

Miał rację. Nie miałam nic innego do roboty, ale nie był osobą, z którą chciałam spędzać czas. Mimo to właśnie siedziałam na jego łóżku.

- Wyluzuj - zaśmiał się i poklepał miejsce obok siebie. - Nic ci nie zrobię... Obiecuję. 

Usiadłam we wskazanym miejscu, czując się bardzo niepewnie. Nie wiedziałam co robię i dlaczego nie wyszłam. Przecież go nienawidziłam. 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Zasługiwał na prawdę

Chciałabym żeby zniknął

Przysięgam, że nie wiem o czym mówisz...