To wszystko było złym pomysłem.
Siedziałam niewiele mówiąc, co chwila zerkając na Izę. Nie wiedziałam co mam powiedzieć. Czułam się niezręcznie w ich towarzystwie i przez to było mi jeszcze bardziej głupio. Pomału sączyłam moją kawę, próbując jej nie zwrócić, gdy patrzyłam na Jordan'a. To tak obrzydliwie przystojny chłopak, że to powinno być zakazane. Dlaczego ktoś z taką urodą musi być takim dupkiem. Jego czekoladowe oczy, takie piękne, a tak przepełnione dupkowatością. Takie słowo chyba nawet nie istnieje, ale to idealne określenie. Tak samo jak jego uśmiech. Jest kuszący, ale jednocześnie dupkowaty.
- Nadia!
O rany...
- Przepraszam, mówiłeś coś? - zwróciłam się do Thomas'a, który trząsł moim ramieniem.
On tylko przewrócił oczami.
- Jordan ci się podoba, że tak na niego patrzysz? Hm?
Spojrzałam na niego, potem na tego dupka, który uśmiechał się cwaniacko.
Prychnęłam.
- Jasne, że nie... Po prostu się zamyśliłam - rzuciłam w obronie.
- Nad moją idealnością? - zaśmiał się Jordan.
Żebyś wiedział...
- Nie ważne... - mruknął Thomas. - Jane pytała czy przyjdziesz do nas dzisiaj na kolację.
Zerknęłam na Izę. Zgodzić się czy się nie zgodzić? Moja przyjaciółka wzruszyła tylko ramionami. Nie pomogła.
- Z chęcią - odpowiedziałam w końcu, próbując się uśmiechnąć.
- Super! - powiedziała rozradowana Jane.
I jak jej odmówić? Jest taką radosną kobietą.
Nagle Thomas zaczął się odsuwać od stołu.
- My musimy już iść. Trzeba zrobić zakupy - puścił mi oczko i wstał. - To widzimy się wieczorem, tak?
Kiwnęłam głową i przytuliłam go na pożegnanie.
- A ja? - odezwał się Jordan.
Nie odpowiedziałam, po prostu usiadłam, a on wyglądał jakby... zrobiło mu się głupio. Umie udawać...
Pomachałam im jeszcze, gdy wychodzili i od razu popatrzyłam na Izę.
- Serio chcesz tam iść? - spytała zaniepokojona.
- Oczywiście, że nie, ale Jane jest tak dobrą osobą. Ostatnio bardzo się cieszyła jak przyszłam do nich na obiad - westchnęłam. - Po prostu nie umiem jej odmówić.
Iza kiwnęła głową.
- Rozumiem... Ale obiad jesz ze mną, tak?
Zaśmiałam się.
- Jasne, że tak.
***
Po kawie i krótkim spacerze po rynku, poszłyśmy z Izą na obiad. Długo zastanawiałyśmy się jakie miejsce wybrać, ale ostatecznie padło na restaurację wegetariańską, która była niedaleko. Jedzenie było pyszne. Szkoda, że musiałyśmy szybko wracać. Przecież musiałam się przygotować na kolację.
Nie chciałam się stroić, bo to nie o to tu chodziło. Stwierdziłam, że chcę się czuć swobodnie. Szczególnie w jego towarzystwie. Z tego powodu zrobiłam bardzo delikatny makijaż, ubrałam do tego zwiewną koszulkę, jeansy i trampki. Wygodnie i idealnie na kolację.
Gaz pieprzowy... Gaz pieprzowy... Gaz pieprzowy... Nigdzie nie mogłam go znaleźć. Nie było mowy żebym wyszła bez niego.
- Iza! - krzyknęłam zrozpaczona. - Widziałaś mój gaz?
Wparowałam do jej pokoju spanikowana. Chyba ją tym wystraszyłam...
- Wydaje mi się, że leżał na szafce w korytarzu.
Szybko tam podbiegłam i faktycznie - Iza miała rację.
- Dziękuję - odpowiedziałam z ulgą.
- Idziesz już? - spytała, stając w drzwiach swojego pokoju.
- Tak. Dobrze wyglądam? - popatrzyłam jeszcze raz na swój strój.
- Jest perfekcyjnie - uśmiechnęła się do mnie delikatnie. - Będę trzymać kciuki. Powodzenia!
- Dziękuję - westchnęłam.
Zabrałam torebkę i kurtkę. Poprawiłam jeszcze szybko włosy.
- Pa! - krzyknęłam i wyszłam z mieszkania.
Było jeszcze dość jasno, a to wszystko dlatego, że poprosiłam Thomas'a żebym mogła przyjść wcześniej. Nie lubię chodzić po nocach. Nie przemyślałam jeszcze powrotu, ale nie chciałam się tym martwić. Zacisnęłam gaz w dłoni i poszłam spokojnym krokiem na tramwaj.
Gdy już stałam przed mieszkaniem mojego przyjaciela, wzięłam głęboki oddech, zanim zadzwoniłam dzwonkiem.
- Cześć, wejdź.
Drzwi otworzył mi Thomas. Przytuliłam go na powitanie.
- Dojechałaś bez problemu? W Krakowie lubią być o tej porze korki.
- Nawet gładko poszło.
Uśmiechnęłam się do niego, a on wziął moją kurtkę, którą powiesił na wieszaku. Potem przywitałam się z jego rodzeństwem i poszliśmy razem do jego pokoju.
- Wszystko w porządku? - spytał, gdy tylko zamknął drzwi. - Byłaś dzisiaj jakaś nieobecna...
- Tak, przepraszam.
- Na pewno jest ok? I'm worried about you.
To urocze, gdy wplata angielski w polski. Kiwnęłam głową.
- Ale chyba jest coś, o czym muszę ci powiedzieć... Po prostu już nie umiem tego trzymać w sobie - zawahałam się. - Tylko musisz obiecać, że nikomu nie powiesz.
- Obiecuję - powiedział wyraźnie zainteresowany, ale zarazem zmartwiony.
Popatrzyłam na niego, po czym spuściłam wzrok i opowiedziałam mu wszystko... no prawie wszystko. Pominęłam pewne szczegóły. Głównie ten, że jego brat był głównym bohaterem historii. Gdy skończyłam, nie podnosiłam wzroku. Bałam się jego reakcji.
Nagle on mnie po prostu przytulił. Nie powiedział nic, ale wiedziałam, że to znaczy, że mogę na niego w każdej chwili liczyć.
- Zabiłbym go gdybym mógł - mruknął. - Ale pamiętaj, przy mnie nic ci nie grozi.
Nie byłabym pewna żadnego z tych stwierdzeń.
- Dziękuję - szepnęłam, tuląc się do niego mocniej.
- Jedzenie na stole! - krzyknęła Jane z kuchni.
Thomas otarł łzę, która mimowolnie spłynęła po moim policzku i uśmiechnął się do mnie pokrzepiająco. Sam miał lekko zaczerwienione oczy.
- Chodźmy.
Usiedliśmy przy stole. Kolacja była pyszna. Jane przyrządziła kaczkę z żurawiną i batatem. Takie nieoczywiste połączenie, a tak smaczne. Do tego nalała wszystkim czerwonego wina, które sprawiło, że zaczęło lekko kręcić mi się w głowie, ale dodało mi też odwagi.
- To... gdzie pracują wasi rodzice? - wypaliłam, zanim to przemyślałam.
Thomas wzruszył ramionami.
- Zajmują się jakimś biznesem. W sumie sama nie wiem dokładnie jakim - odpowiedziała mi Jane.
- To nie macie z nimi w ogóle kontaktu? - spytałam zainteresowana tym tematem.
- Dzwonią co jakiś czas ze swojej wypasionej chaty w Warszawie - mruknął Thomas. - A nam ledwo wystarcza na chleb.
Siostra szturchnęła go.
- Ciężko pracują i mają mało czasu - westchnęła.
- To dlaczego was zostawili? - drążyłam temat.
- Bo dzieci były dla nich zbyt dużym obciążeniem i problemem w osiągnięciu sukcesu - odezwał się Jordan.
Popatrzyłam na niego. Był niewzruszony, ale też jakby wściekły.
- Ale nas kochają - dopowiedziała Jane.
- Gdyby nas kochali, to nigdy by nas nie zostawili, jak śmieci - syknął Jordan, zaciskając pięści. - To wszystko jest ich wina. Oni żyją sobie ponad stan, a my mieszkamy w jakimś małym mieszkaniu i modlimy się żeby wystarczyło pieniędzy na jedzenie.
- Dostajemy od nich pieniądze...
- Raz na rok, a to i tak nie wystarcza. Nie broń ich, Jane! Są śmieciami!
Krzyknął i rzucił sztućcami o stół, po czym nerwowo wstał i poszedł do swojego pokoju. Popatrzyłam przerażona na Thomas'a.
- Nie przejmuj się - powiedział i machnął ręką. - Czasami nie panuje nad sobą i trzeba na niego uważać...
- Thomas... - skarciła go Jane.
- No co? That's fucking true!
- Wyrażaj się - mruknęła i wróciła do jedzenia.
Niepotrzebnie zaczynałam temat. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Co mi strzeliło do głowy?! Przeze mnie wszyscy się pokłócili.
Posiłek dokończyliśmy w ciszy. Potem Thomas zgarnął uno i poszliśmy do jego pokoju.
- Przepraszam za to wszystko. To jest ciężki temat...
- Rozumiem - mruknęłam. - Nie powinnam go zaczynać.
Uśmiechnął się do mnie delikatnie i zaczął tasować karty.
- Może zostaniesz na noc? Zrobimy sobie jakiś mały maraton filmowy - spytał z uśmiechem.
- No nie wiem...
Nie podobał mi się ten pomysł po tym wszystkim.
- Nie daj się prosić - puścił mi oczko. - Przynajmniej nie będziesz wracać po nocach.
Kiwnęłam głową i zgodziłam się, po czym poinformowałam o tym Izę żeby się nie martwiła.
Po kilku partiach w Uno, Thomas pożyczył mi swoją koszulkę, którą założyłam żeby było mi wygodniej. Przez kilka godzin oglądaliśmy filmy, po czym obydwoje zasnęliśmy.
Około 4 nad ranem okropnie zachciało mi się pić, dlatego wstałam i poszłam do kuchni, próbując nikogo nie obudzić. Na szczęście znalazłam butelkę wody. Nalałam sobie trochę do szklanki i usłyszałam dźwięk zamykających się drzwi. Włożyłam szklankę do zmywarki i chciałam wrócić do Thomas'a, ale w korytarzu zobaczyłam Jordan'a.
Popatrzył na mnie i prychnął.
- Przychodzisz do mojego mieszkania, zostajesz w nim na noc i jeszcze paradujesz w koszulce mojego brata - powiedział do mnie zdenerwowany.
Był wyraźnie wstawiony. Zaczął zmierzać w moim kierunku, a ja, nie wiem dlaczego, stałam i ani drgnęłam. Podszedł do mnie i złapał mnie za podbródek.
- Wyglądasz cholernie seksownie w tej koszulce... - mruknął mi do ucha, a mnie zemdliło.
Odtrąciłam jego dłoń i chciałam wrócić do pokoju, ale on złapał mnie mocno za ramię. Syknęłam z bólu.
- Nigdzie nie idziesz - wycedził i przycisnął mnie do ściany, wciąż ściskając moją rękę.
Przysunął twarz do mojej szyi, tak, że czułam na sobie jego oddech. Byłam bliska zwróceniu całej zawartości żołądka.
- Cudownie pachniesz - mruknął i popatrzył mi w oczy. - Ale powinnaś być teraz w mojej koszulce, a nie jego - wycedził.
- The fuck? - nagle usłyszałam głos Thomas'a. Dzięki Bogu... - Jordan co ty robisz?! - krzyknął. - Puść ją.
Odepchnął swojego brata i złapał mnie za dłoń. Jordan lekko się zatoczył, ale szybko otrzeźwiał i wymierzył cios w Thomas'a, który oberwał prosto w szczękę.
- Mnie się nie dotyka! - krzyknął wyraźnie zdenerwowany.
Stałam jak wryta... Ten wieczór stawał się gorszy z każdą chwilą. To wszystko było złym pomysłem.
Thomas złapał się za twarz, ale tylko spiorunował wzrokiem brata, który czekał na dalszą walkę. Mój przyjaciel jednak nie dał się sprowokować. Zabrał mnie do swojego pokoju.
- Nic ci nie jest? - spytałam, gdy już się otrząsnęłam.
- Nie - odpowiedział i pomasował obolałe miejsce.
Przytuliłam go. To naprawdę nie powinno tak wyglądać. To wszystko moja wina.
- Przepraszam - wyszeptałam, płacząc w jego koszulkę. - Przepraszam, przepraszam.
- Spokojnie - pogłaskał mnie po głowie. - Nic się nie dzieje, to ja przepraszam, za niego...
Komentarze
Prześlij komentarz